Nad Sundance zachodzi słońce

2012.01.28
Festiwal Sundance w narciarskim Park City powoli się kończy; na pokazach coraz mniej osób, a ci co zostali, typują nagrody i pakują walizki. I to właśnie pod koniec festiwalu, nasycony celuloidem jak dobrym jedzeniem i marzący jedynie o drzemce, obejrzałem jeden z najlepszych filmów całości: dokumentalny esej „Room 237” Rodneya Aschera.


Film jest w całości poświęcony fanowskim i akademickim (szalonym i mniej szalonym) interpretacjom „Lśnienia” Stanleya Kubricka. Przez prawie dwie godziny słuchamy ilustrowanego wykładu, który z minuty na minutę przekonuje nas (bądź nie), że „Lśnienie” jest filmem-kosmosem, w który zostały wpisane wszelkie znaczenia, czasami możliwe do odczytania tylko za pomocą lupy, zwolnienia taśmy, bądź też odtworzenia jej od tyłu. Na naszych oczach „Lśnienie” staje się świętym tekstem objawienia, a oddani fani filmu – jego pokornymi egzegetami.

Im dalej w las, tym ciekawiej- najbardziej przekonująca (o dziwo!) teoria powiada nawet, że „Lśnienie” jest aktem pokutnym Kubricka, dręczonego wyrzutami sumienia po sfingowaniu materiału filmowego z lądowania statku Apollo 11 na księżycu, w który to materiał uwierzył cały świat. Jack Torrance, udręczony pisarz grany przez Jacka Nicholsona i pracujący nad zleceniem, którego nienawidzi, ma być autoportretem samego Kubricka – a jego synek nosi nawet sweterek ze statkiem Apollo na piersi… No i, oczywiście, liczba 237 odgrywająca tak ważną rolę w całym „Lśnieniu”, to ilość mil pomiędzy księżycem a ziemią!

Nie wiadomo, czy „Room 237” w ogóle znajdzie się w jakiejkolwiek dystrybucji – film nagina pojęcie uzasadnionego użytku cudzego utworu do absolutnych granic i nie zdziwię się, jeśli spadkobiercy Kubricka zażyczą sobie niemożliwych do uiszczenia tantiem. 102 minuty projekcji filmu Aschera to prawie w 80% fragmenty filmu Kubricka: powtarzane, spowalniane, analizowane i – chciałoby się napisać – głaskane jak katolicka relikwia. Trzymam kciuki, by jak najwięcej osób mogło zobaczyć ten niezwykły film, zaświadczający o prawdziwie sakralnym statusie, jakiego dorobiła się w dwudziestym wieku X muza. Tak jak kabaliści i scholastycy dawnych wieków, tak i my ślęczymy nad świętym tekstem w nadziei zgłębienia jego tajemnic – nawet jeśli nasz tekst jest spisany celuloidem bądź cyfrą.

Michał Oleszczyk


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz się zalogować lub zarejestrować
Copyright 2009 - 2011 OFF CAMERA