„80 milionów” musiałem gryźć długo

2011.12.02
Gdyby Off Plus Camera był festiwalem muzycznym, a Wojciech Solarz muzykiem, napisałabym, że to człowiek orkiestra. Gra w filmach oraz występuje na deskach Teatru Narodowego w Warszawie. Pisze scenariusze i reżyseruje, a w najnowszym filmie Waldemara Krzystka kradnie 80 milionów. Nam opowiedział m.in. o swojej pracy nad rolą, o kondycji polskiego kina, oraz o tym, co pamięta z lat osiemdziesiątych.


Film „80 milionów” opowiada prawdziwą historię, która wydarzyła się na Śląsku, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Czy w ramach przygotowań i pracy nad rolą spotkałeś się z granym przez siebie bohaterem, obecnie politykiem PO – Stanisławem Huskowskim?

Tak, miałem przyjemność spotkać się z panem Stanisławem. Najpierw na konferencji prasowej we Wrocławiu, tuż przed rozpoczęciem zdjęć, a potem spotkaliśmy się we dwóch i poszliśmy do jednej z wrocławskich restauracji na rynku, gdzie długo rozmawialiśmy. Ciekawiło mnie, jak to wyglądało z jego punktu widzenia, jak on swoją wrażliwością wchłaniał tamtą rzeczywistość, co pamięta. To ważne dla mnie z punktu widzenia budowania roli. Pan Stanisław to artystyczna dusza. Był rzecznikiem prasowym Związku, ale też dużo zajmował się teatrem, kabaretem, organizował wieczory poetyckie dla członków Solidarności i ich rodzin. Dużo opowiadał mi o swoich przeżyciach, o tym jak bardzo z Piniorem, Bednarzem i Frasyniukiem trzymali się wtedy razem, że byli prawdziwymi przyjaciółmi, ufali sobie. Podjęli ryzyko tej akcji, gdyż - jak tłumaczył - z tymi ludźmi mógł konie kraść. Wierzył im. Myślę, że Pan Stanisław to wolna dusza, z wyobraźnią, poczuciem humoru. Taki romantyk, ale stojący dwiema nogami na ziemi. Mimo strachu przed i w czasie akcji, potrafił wziąć się w garść. A to nie było łatwe, ani dla niego, ani dla pozostałych. Zresztą potem każdy z nich zapłacił za tę donkiszoterię. Ale dali radę. 

Podczas opisywanych w filmie wydarzeń byłeś dwuletnim chłopcem. Skąd brałeś informacje na temat tej peerelowskiej rzeczywistości?

Jestem rocznik 1979, więc rzeczywiście w czasie Stanu Wojennego miałem 2 lata. Ale do 89. roku dużo pamiętam. Przede wszystkim byłem wychowany w duchu Solidarności. W domu mówiło się mnóstwo o polityce. Właściwie tylko o polityce. Czasem aż za dużo. Duża część mojej rodziny była w Solidarności, a moja mama zawsze była przewodniczącą Solidarności w swoim zakładzie pracy, w Wydawnictwach Handlu Zagranicznego Agpol w Warszawie. Ponoć wielkie szczęście, że jej nie wzięli w czasie Stanu Wojennego. Kilka osób z mojej najbliższej rodziny siedziało w więzieniach, siostra mojego ojca przypłaciła internowanie śmiercią kliniczną. Ja nie pamiętam Stanu Wojennego, ale pamiętam rzeczywistość po 85. roku - mroczną, szarą, potwornie smutną. Pamiętam czarną płytę z dziesiątkami tysięcy zapalonych zniczy na grobie księdza Popiełuszki, puste półki oraz to, jak biegałem do spożywczego na ulicę Ciołka w Warszawie, kiedy przywieźli papier toaletowy.

A jeżeli chodzi o film, to Waldek Krzystek opowiadał nam, jak to wyglądało z jego strony, jak on zapamiętał rok 80. i 81. Obejrzeliśmy materiały, czytaliśmy dużo. Wystawa „Solidarny Wrocław” także bardzo nam pomogła. Zwłaszcza, gdy zobaczyliśmy listy gończe naszych bohaterów, czy malucha wyjeżdżającego spod ziemi, z napisem „Pinior Huskowski”. To był wielki zaszczyt móc uczestniczyć w czymś takim i przywołać tamten czas. 

Co zwabiło Cię na casting do filmu „80 milionów” – dokonania reżysera, scenariusz, historia?

Myślę, że kiedy już idzie się na casting do Waldka Krzystka trzeba dać z siebie wszystko. Ja miałem już wcześniej przyjemność pracować z Waldkiem przy serialu „Sprawiedliwi”, więc znałem go, trochę już wiedziałem jak pracuje, że jest bardzo dokładny, zwłaszcza w pracy z aktorem. Nie odpuści żadnej intencji. A sama historia jak wiadomo jest ekscytująca. To taki western  sprzed trzydziestu lat. Na faktach, o autentycznych ludziach. No więc, kiedy dowiedziałem się, że Waldek chce żebym zagrał Staszka, byłem po prostu bardzo szczęśliwy.

Jakim reżyserem jest Waldemar Krzystek?

Waldemar Krzystek jest reżyserem dobrym i dokładnym. Uwielbia kino polityczne, człowieka uwikłanego w czas, historię. Lubi bohatera z dylematami, niejednoznacznego. Waldek jest bardzo wnikliwy już przy pracy nad scenariuszem, jako że często jest jego autorem, bądź współautorem. Najpierw trzeba go dokładnie wysłuchać i zrealizować to, czego oczekuje, a potem ewentualnie proponować swoje pomysły, na które też rzecz jasna bardzo czeka. Jest otwarty na współpracę. To oczywiście zależy od tego, ile mamy czasu na planie. Jedyną jego wadą jest to, że za dużo przeklina. Choć może to zaleta, nie wiem. Gdyby miał przez to nie być tak dobrym reżyserem, to może już niech przeklina.

Czy twoim zdaniem „80 milionów”, to ważny film dla polskiego społeczeństwa?

Tak myślę, że to ważny film. Mam nadzieję, że się spodoba i dotrze do szerszego grona widzów. To jest film o Solidarności, o wielkim zaufaniu człowieka do człowieka, o młodych i starszych, fajnych chłopakach i dziewczynach, jakich było wtedy w Związku 10 milionów. O początku ich marzeń o wolnym kraju, o tym, jak bardzo byli razem i sobie ufali, bo cel był wspólny - zgładzić system. Nie było prywatnych, małych celów. A nawet jeśli były, to podporządkowane głównemu. Nikt z tych 80 milionów nie wziął choćby 5 tysięcy do kieszeni, mimo że i tak nikt by się nie zorientował. Myślę, że ci ludzie mieli honor, nie kombinowali. To jest film o ludziach, którzy poświęcili swoją młodość, wariacką, szaleńczą dla kraju, nie tracąc nic z tej młodości, a wręcz przeciwnie - podbijając ją na wyższy poziom. Poświęcili niepowtarzalną młodzieńczą energię dla czegoś ważniejszego. Wtedy wszystko smakuje inaczej, przyjemność też. Tak sobie zawsze myślę, że dziecko lepiej bawi się, jeśli najpierw odrobi lekcje. Oni tę lekcję odrobili. My mamy dzisiaj swoją. I dlatego codziennie mam do siebie pretensje, że powinienem bardziej interesować się tym, co się dzieje w moim kraju, w tym niby wolnym kraju, w którym niby wszystko jest ok. Ale chyba nie wszystko.

Ale samo zainteresowanie chyba nie wystarczy, że coś zmienić…

Masz rację, samo zainteresowanie sytuacją w państwie nie zmienia sytuacji państwa, ale myślę, że jest niezbędne do punktu wyjścia. Ogarnąć wszystko na tyle, żeby w poszczególnych sprawach wiedzieć, gdzie, co i jak pchnąć do przodu. To nie jest tak, że nie interesuję się tym, co się dzieje. Interesuję się, ale faktycznie mógłbym i powinienem więcej. Specyfika wolnego zawodu, zwłaszcza artystycznego powoduje, że czasem buszuję po jakichś wymyślonych światach. A chcę i powinienem mocniej siedzieć we własnym, bo to buszowanie po innych, jest bezsensowne, jeśli nie ma połączenia z tym realnym.

Co dzisiaj, w tym "niby wolnym kraju", mogliby zrobić bohaterowie z tamtych czasów?

Myślę, że oni robią, bo przecież żyją. Tylko nie do końca wiem, czy robią to, o co im wtedy chodziło. Bo z jednej strony w tej chwili mają to, o co walczyli. Mają pluralizm, wolność słowa, demokrację. Oni wtedy nawet o połowie tego nie marzyli. Marzyli o trochę lepszym socjalizmie. Ale oczywiście wolność ich, a właściwie nas wszystkich, trochę pogubiła. Oni jej nie znali. Myślę, że z jednej strony to naturalne, ale z drugiej trzeba się jej uczyć i to szybko. Walczyć z wrogiem jasnym i klarownym z jednej strony jest ciężko, ale jest jednak klarownie. Teraz niby nie ma wroga, a jest. Myślę, że jest nim sam Polak. Polak leniwy, Polak nie przyzwyczajony do tego, że od niego samego aż tyle zależy, Polak nie umiejący działać wspólnie, bo kiedy miał się nauczyć jak funkcjonuje wspólnota, to było komunistyczne zakłamanie. Polak z niedojrzałą duszą romantyczną, nie przyzwyczajony do spokojnej, pokornej pracy każdego dnia, Polak sangwinik, wykonujący jeden, a nie pierwszy krok, prowadzący do realizacji jakiegoś większego planu. I wreszcie Polak albo płynący z prądem, albo krzyczący, że wszędzie jest zdrada, hańba i targowica. Myślę, że brak ostatecznych rozliczeń z komunizmem pogubił i pomieszał wszystko. Ktoś się przestraszył i tyle. A dzisiaj tamci bohaterowie mogą pokazać chociaż tyle, że można być razem i działać we wspólnej sprawie...

A czy nie jest trochę tak, że bez kontekstu systemu komunistycznego, z jakim przyszło im się zmagać, takie zrywy tracą na znaczeniu? Żyjemy przecież w państwie, które wywalczyli...

Nie, absolutnie nie tracą. Wtedy był inny czas. Gdyby nie te zrywy, to byśmy nie mieli tego, co dzisiaj mamy. Każdy czas ma swoich bohaterów. Dzisiaj takim bohaterem może być na przykład prezydent jakiegoś małego miasta, który wbrew podziałom partyjnym zbuduje obwodnicę, postawi gospodarczo i administracyjnie miasto na nogi. Był czas Kościuszki i czas skromnych pracujących na własnym poletku ludzi. I czas Adama Małysza. Wszyscy, którzy robią coś dobrego, są bohaterami. Jeśli pchają uczciwie i szczerze rzeczywistość wokół siebie do przodu. A generalnie „módl się i pracuj” - taki jest teraz czas.

Co jest Twoim zdaniem najmocniejszą stroną filmu „80 milionów”?

Myślę, że forma jest bardzo atrakcyjna. Sensacyjna, wartka akcja, przez co, mam nadzieję, może dotrzeć zwłaszcza do młodszego widza, zainteresować go. Świetna jest muzyka, która oddaje tempo i atmosferę całej tej wariackiej akcji, a równocześnie fajnie przenosi widza trzydzieści lat wstecz. Perfect wciąż działa. No a temat jest po prostu świetny! To, że trzeba zrobić skok na bank na własną kasę jest kuriozalnie, absurdalnie i chyba ciekawe.

Twoim zdaniem prawdziwy aktor, to taki, który jest gotów na poświęcenie? Podobno podczas kręcenia scen na Moście Grunwaldzkim we Wrocławiu, armatka wodna rozwaliła Ci ucho…

Tak, miałem taki mały wypadek. Myślę, że przesadzili trochę z siłą strumienia wodnego, który dochodził do 4 atmosfer… Czy ja wiem... Trzeba się czasem poświęcić. Nie oznacza to, że jak bohaterowi ucinają rękę, to mam sobie dać ją obciąć, ale niewątpliwie uważam, że czasem żeby poczuć, co ma poczuć bohater, zwłaszcza jeśli tutaj mieliśmy do czynienia z autentycznymi wydarzeniami, to trzeba się maksymalnie na ile to możliwe, w te emocje i czas zanurzyć. Zresztą poza wszystkim, to jest przecież często piękna przygoda. Bywa niebezpieczna, ale bywa i piękna.

Grasz w filmach, można Cię oglądać na deskach Teatru Narodowego, ale również reżyserujesz, piszesz scenariusze. Ostatnio współtworzyłeś scenariusz oraz zagrałeś główną rolę w krótkometrażowym filmie „Odwyk”, uznanym za najlepszy film podczas 10. Międzynarodowego Forum Niezależnych Filmów Fabularnych im. Jana Machulskiego. Opowiedz o pracy nad tym filmem.

To nasz film niezależny o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. O tym jak był na odwyku i rozpił cały oddział. To nie do końca potwierdzona anegdota z jego życia, ale postanowiliśmy zrobić o tym film. Myślę, że opowiada on przede wszystkim o próbie odreagowania systemu. Nie tylko przez picie, ale głównie przez poezję, wyobraźnię, budowanie alternatywnego świata, w którym można i chcę się być i okiełznać ponurą, smutną, przytłaczającą, często absurdalną i głupią rzeczywistość. Krzysztof Jankowski napisał pierwszą wersję scenariusza. Potem zaczęliśmy o tym rozmawiać wspólnie jeszcze z Marcinem Cygalem, późniejszym montażystą. Potem ja dołożyłem swoje do scenariusza, Marcin swoje. I tak ruszyliśmy do pracy. Myślę, że była to bardzo fajna przygoda. Powstała trochę absurdalna komedia. Mam nadzieję, że chociaż trochę „Gałczyńska”. Miałem przyjemność zagrać Konstantego Ildefonsa, Robert Jarociński - ministra, Mateusz Rusin – sanitariusza. Tak jakoś chcieliśmy i chcemy robić coś swojego, spróbować opowiadać swoje historie. Wszyscy kończymy szkoły teatralne, filmowe, a powstaje tylko kilka, kilkanaście filmów rocznie. Mówię o profesjonalnych produkcjach. Nie dla wszystkich jest praca, więc myślę, że w tej chwili kino niezależne daje możliwości do własnej wypowiedzi, za niekoniecznie duże pieniądze. Po prostu trzeba robić filmy.

Jak pomocne w tworzeniu scenariusza filmowego okazuje się wykształcenie i doświadczenie aktorskie?

Doświadczenie i wykształcenie jest niezwykle ważną i kluczową wręcz sprawą, zarówno kiedy gram, jak i kiedy konstruuję sceny jako reżyser. Wszystko się łączy. Ja cały czas się uczę. Faktem jest, że w szkole aktorskiej zdobyłem pewną wiedzę, ale to sam początek początku. Zwłaszcza jeśli chodzi o film, ponieważ nie mieliśmy zajęć z kamerą, a przynajmniej niewiele, więc będąc na planie uczyłem się od zera. Każda rola, to nowy świat. Niektóre rzeczy to większe wyzwania, niektóre już mniej więcej wiem jak ugryźć. Ale na przykład taką rolę, jak w „80 milionach” musiałem gryźć długo. I jak już sobie oglądam efekt końcowy, to z jednych rzeczy jestem zadowolony, a z innych nie. Wykształcenie wykształceniem, ale potem wypływa się w „rzeczywistość nie symulowaną”, jak to nam kiedyś ktoś w szkole mądrze powiedział. I tam się dopiero zaczyna. A w niektórych sprawach okazuje się , że nie wiem nic. I muszę uczyć się od zera. 

A czy w takim razie doświadczenie w pisaniu scenariuszy rozwija w jakiś sposób Twoje umiejętności aktorskie?

Myślę, że jest po prostu ileś punktów widzenia na rzeczywistość filmową. Ja zacząłem patrzeć od strony aktorskiej, potem jakoś zaczęła mnie interesować reżyseria, zacząłem też pisać scenariusze. Dzięki temu mam wrażenie, że mogę pełniej spojrzeć na całość. Jak patrzę od strony konstrukcji scenariusza, często pomaga mi to w graniu, bo widzę punkty ciężkości, co jest ważniejsze, co mniej ważne, która informacja musi paść na pewno i jest kluczowa dla filmu, a gdzie jako aktor mogę sobie poimprowizować. Cieszę się bardzo, że to wszystko się łączy oraz jakoś wszystkie te informacje i punkty widzenia pracują na jedną rzeczywistość filmową.

Jak powinien wyglądać dobry scenariusz filmowy oraz w jakiej mierze gwarantuje on danemu filmowi sukces?

Nie wiem. Gdybym  wiedział, to bym tylko takie pisał. Żartuję oczywiście. Przede wszystkim zależy, co uznamy za sukces. Czym jest sukces? Jak go mierzymy? Czy milion widzów w kinach to sukces? Ale co z tego, jeżeli film jest niedobry? Scenariusz musi mieć temat, kolor, szczerość indywidualnej wypowiedzi, tego co naprawdę twórca chce powiedzieć. Musi mieć dobraną konkretną konwencję albo przemieszane konwencje. Ale przede wszystkim musi docierać do widza. Nie tracąc własnego kręgosłupa tematycznego, musi wyjść z formą w kierunku widza, musi chcieć go zaczepić, żeby widz wiedział, że to film dla niego. Ale też publiczność nie może nas za bardzo uwieść. Te miliony w kinach teraz, są wabione łatwymi, szybkimi produkcjami. Ludzie na nie chodzą, ale myślę, że nie takiego kina naprawdę chcą. Dostają to, co im się daje. Ale jeśli da im się coś lepszego, w atrakcyjnym, kuszącym opakowaniu, ale nie przeważającym nad treścią filmu, jestem pewien, że ludzie wybiorą takie właśnie kino. Dla mnie dobre kino, takie które lubię, to kino autorskie, szczere, indywidualne, z wyobraźnią, często ryzykowne, ryzykanckie, ale wychodzące z myślą i formą do widza oraz uwzględniające postęp techniczny i postęp w sposobie opowiadania.

Festiwal Off Plus Camera wspiera i promuje młodych twórców filmowych. Co Twoim zdaniem powinni zrobić młodzi filmowcy, którzy mają głowy i szuflady pełne pomysłów na scenariusze, ale kompletnie nie wiedzą, jak zacząć, gdzie się zwrócić itd.?

Do ludzi, którzy mają pełne szuflady pomysłów zwracam się z gorącą prośbą, żeby je otworzyli i udali się mimo strachu przed konfrontacją ze światem zewnętrznym i krytyką, do kolegi, koleżanki, taty, babci, producenta, do Off Plus Camera. Żeby wysłali coś na jakiś konkurs (patrz Bierzcie i Kręćcie) i skonfrontowali swoje wizje. Jeżeli nie są genialne, a czasem pewnie są, to dowiedzą się jak je ulepszyć, a jak ktoś się dowie że nie powinien robić filmów, to znaczy, że ma robić coś innego i w tym innym pewnie będzie naprawdę dobry. Trzeba generalnie coś robić. Trzeba rozmawiać, konsultować, pisać, wymyślać. I popełniać błędy. Trzeba się nauczyć popełniać błędy. Sam się uczę je popełniać. Żeby się ich nie bać, trzeba chcieć się uczyć, trzeba to w sobie uruchomić. I robić filmy. Żeby kręcić filmy, należy przede wszystkim wziąć kamerę do ręki, wcisnąć „rekord” i potem to obejrzeć, i zobaczyć co mi się podoba, a co nie. I tak cały czas. I tyle. Gorzej jak mi się nie podoba…  To wtedy zawsze można sobie obejrzeć „Przeminęło z wiatrem” albo „Ojca Chrzestnego” i znowu zacząć kręcić.

 

Rozmawiała
Justyna Grochal


Komentarze

Aby dodać komentarz musisz się zalogować lub zarejestrować
Copyright 2009 - 2011 OFF CAMERA